Farmakologia w sztukach walki cz.1

Łukasz Dróżdż 20 lipca 2014 0
Seria "Łamiemy Tabu"

Seria „Łamiemy Tabu”

Nie zastanawiało Was nigdy jak to możliwe, że zawodnicy MMA potrafią dokonywać tak drastycznej manipulacji swoją wagą?

Zrzucanie w wręcz zabójczym tempie kilku, kilkunastu kilogramów i odzyskiwanie ich na drugi dzień? Oczywiście mówi się o odwadnianiu, odpowiednim prowadzeniu przed walką (o zagadnieniach owych wspominałem w artykule: http://www.lowking.pl/zbijanie-wagi-bledy-mma-poradnik-zywienie-dieta/) jednak czy nie jest to jedynie część tego, co ukazuje się nam, kibicom i fascynatom sztuk walki? Co kryje bądź może kryć się za zasłoną przygotowań zawodnika do jego profesjonalnej walki.

Osobiście uśmiechałem się, czytając wypowiedzi Daniela Cormiera dotyczące jego pierwszych momentów przejścia do kategorii półciężkiej oraz spekulacji na temat walki z Alexandrem Gustafssonem w Europie. Czy rzeczywiście na starym kontynencie nie zastaniemy sauny oraz zdrowego jedzenia? Wątpliwy argument… Rzecz braku chęci toczenia starć poza granicami USA wiąże się zazwyczaj z czymś mniej absurdalnym: dostępnością do leków. Dodajmy do tego brak stałego kontaktu z „zaprzyjaźnionym” lekarzem prowadzącym oraz w razie sytuacji awaryjnych pomocy z jego strony. W przypadku osoby Daniela Cormiera, który ewidentnie uczy się na popełnianych błędach (sytuacja z Olimpiady w Pekinie), są to fundamentalne podstawy, bez których nie podejmie rękawic.

Pisząc leki, mam tutaj na myśli szerokie spektrum środków m.in. sterydy anaboliczno-androgenne, diuretyki, leki przeciwbólowe, stabilizujące. Niektóre z nich stają się nierozłącznym elementem układanki określanej jako „zrzucaniem wagi przed walką”.

W tym miejscu chciałbym przyjrzeć się substancjom z grupy diuretyków wybawiających niektórych zawodników MMA z największych kłopotów będących następstwem złego przygotowania fizycznego przed samym etapem kontroli limitu wagowego. Nie mając okazji obcowania z poczynaniami zawodników zza oceanu, bazować będę na naszym rodzimym Polskim podwórku. Do najpopularniejszych leków moczopędnych, w naszym kraju należy Furosemid. Nie zapowiada się, aby go z tego piedestału zdjęto. Odpowiedzialne za tą popularyzacje są ceny produktów go zawierających (przy refundacji przedział do kilku złotych), dostępność w aptekach oraz zakorzenienie w działaniach lekarzy zwalczających nim objawy wszelakich chorób (wysoce poznana substancja, łatwa administracja).

Sam schemat działania Furosemidu jest ściśle związany z zahamowanie zwrotnego wchłaniania sodu i chloru, co skutkuje nasileniem wydalania sodu i chloru z moczem i zwiększeniem objętości wydalanej wody. Zwiększonemu wydalaniu sodu towarzyszy zwiększone wydalanie potasu, magnezu i wapnia. I w przypadku odwadniania ostatnie zdanie znaczy dla zawodnika najwięcej. Ubytek elektrolitów podczas przyjmowania owego środka jest bardzo odczuwalny. Stąd też widzimy niekiedy smętne twarze, opadłe sylwetki oraz zamglone oczy niektórych sportowców podczas ważenia. Muszę zaznaczyć, że nie każdy reaguje w identyczny sposób i o ile odpowiednie poprowadzenie się podczas stosowania Furosemidu jest ważne, tak największe znaczenie ma tu podatność na niski poziom elektrolitów. Jeżeli organizm ciężko znosi takie wahania, szczególnie mu nie pomożemy. Znaczny wpływ na samopoczucie będzie miał też czas zażywania owego środka. Zakładając, że nieprecyzyjne dopracowanie wagi pozostawiło nadwagę rzędu 2-4 kg, możemy zastosować nieznaczną ilość diuretyku na 1-2 dni przed dniem kontroli. Jest to sytuacja wygodna, pozwalająca na szybkie odzyskanie wysokiej sprawności w przeciągu kilku godzin (stabilne nawadnianie m.in. kroplówki z elektrolitami, doładowanie węglowodanowe). Sprawa komplikuje się w momencie drastycznych uchybień podczas przygotowań bądź chęci osiągnięcia o wiele niższej wagi niż ta „standardowa”. Długie stosowanie leków moczopędnych wiąże się z wielką odpowiedzialnością – m.in. ciągłe kontrole poziomu elektrolitów (szczególnie potasu), dostarczanie ich w postaci wysoce przyswajalnej, analizowaniem zachowania organizmu, ciśnienia krwi etc. Drobne uchybienia w tych kwestiach grożą poważnymi komplikacji zdrowotnymi (omdleniami, szybkim i permanentnym pogorszeniem się słuchu, w drastycznych przypadkach śmiercią).

Okres półtrwania leku u zdrowych ludzi wynosi ~1,5h, biorąc jednak pod uwagę postać odwodnionego, obciążonego treningami zawodnika okres ten może wydłużyć się do kilku godzin. Wiąże się to z ostatnimi dość częstymi „wpadkami” oraz wyznaniami zawodników (m.in. krótka spowiedź Wanderleia Silvy przed nieodbytym pojedynkiem z Chaelem Sonnen). Pewni siebie i krótkiego okresu wykrywalności substancji diuretycznych, zapominają o faktach, które ową wykrywalność mogą wydłużyć.

Niektórzy często zastanawiają się nad sensem „pozbywania się” wody z organizmu, tłumacząc to drastycznym obniżeniem motoryki, spadkiem sprawności psychicznej oraz samopoczucia. Osobiście zgadzam się z taką tezą, jednak jedynie w kwestii startów w zawodach amatorskich (walka w dzień ważenia). W formule profesjonalnej poprzez odpowiednie ustawienie taktyki może mieć to zbawienny wpływ, na przebieg przyszłej konfrontacji: utrata w krótkim okresie czasu do kilkunastu kilogramów, następnie odzyskanie 60-80% w przeciągu jednego dnia. Dodajmy do tego powrót dobrego nastroju oraz siły statycznej jak i dynamicznej naszego organizmu. Istna mieszanka wybuchowa.

Zaznaczyć należy jednak, że działania te muszą mieć swoje odzwierciedlenie w strategii przygotowanej pod walkę, pod jaką technikę będzie kładziony największy nacisk (min. dominacja siłowa, zapasy). Bezsensownym staje się wdrażanie takiego procesu przy zawodniku po prostu nieprzygotowanym do starcia bądź też nastawionym na zdominowanie kondycyjne przeciwnika.

Autor: Łukasz Dróżdż

Komentarze